niedziela, 20 września 2015

to take my eyes off you

I mustn’t look at you too much, or I won’t be able to take my eyes off you at all. 
~Franz Kafka, Letters To Felice



x. I’m transcribing it here
W nocy widział jej oczy raz tylko: odbijał się w nich gniewny księżyc i wtedy on poznał, czym jest zimna kalkulacja i złość tak silna, że przytłaczająca. Do dziś liczy, że uda mu się jeszcze spotkać ją po zachodzie słońca i patrzeć, kiedy patrzy i ona. Nie, żeby podziwiać (chociaż owszem, to też), ale dlatego, że mu zależy. 
Zależy ci, ha, śmieje się w duchu śmiechem bez humoru. 
Zmęczony opiera się o wezgłowie wersalki. Zdjęte z nosa okulary chowa w kieszeni fartucha, dłoń kładzie na oczach i powoli przesuwa nią w dół, później w górę. Tyle razy obserwował, jak w ten sposób ona koiła czyjeś nerwy, jej jasne palce odbierały ludziom bólu. Któregoś dnia zorientował się, że przejął ten gest i to działa, naprawdę działa (, gdy widzi kochane rysy twarzy pod zamkniętymi powiekami; oczy i wykrzywione w uśmiechu usta. Uwielbiał ten uśmiech, uwielbiał.).


xx. for you to see
Powiedziała:
- Wszystko jest nie tak (z nami - powinna dodać, ale nigdy nie nazywała tego w ten sposób. -). Gdyby próbować zrobić to poprawnie... Nie uda się. Wiesz dlaczego? - Podeszła wtedy bardzo blisko, jej oddech łaskotał go po wargach. - To poetyckie pieprzenie, ale patrz: bywa, że ludzie potrafią tylko spalać się dla siebie nawzajem, a uciechę, spokój i (... - Tu jej głos zawahał się, a jego coś ukłuło pod żebrami. -) spełnienie zyskują zbyt wielkim kosztem. Dążą do ciemnej i ciężkiej prawdy, nie paląc za sobą mostów i nie obracając wszystkiego w proch. Och, oni niszczą powoli, zatruwają wszystko dookoła, przesyceni jak trucizną tym, co ich łączy. Tak nie można. - Smutny uśmiech. Ostatnie słowa były cichutkim tchnieniem: - To chyba zbyt wytrawna forma okrucieństwa jak na ciebie i mnie. -  Oczy jej błądziły gdzieś ponad jego ramieniem, krył się w nich cień tamtej nocnej złości, ale zabarwiony zupełnie inaczej - sama siebie się bała, pojął to nagle z totalną pewnością. 
- Dziewczyno, nie spalaj się dla mnie - poprosił bez sensu i słabo, chcąc tak naprawdę wyszeptać jej jadowicie swoje pragnienia, wzburzenie i gniew, słodki, słodki gniew. - Nie chcesz płonąć. - Patrzył długo na jej na profil rozmywający się na tle oszronionej szyby. - Chciałabyś. Wmawiasz sobie i mnie próbujesz wmówić jakieś bzdury. Żadne poetyckie pieprzenie, mała. Nikt nie jest na tyle silny, żeby długo chować się przed prawdą.
Głupie zagranie, wie to teraz. Wtedy był zdziwiony, gdy przestała unikać kontaktu wzrokowego i spojrzała na niego z żalem.
- Przed niczym się nie chowam, idioto. W dystansie jest tyle cholernej pasji, że szlag mnie trafia. I tak zostanie. 
Odwróciła się na pięcie, a on pozwolił jej odejść, bo nie, nie miał innego wyjścia. 



xxx. for us to read together

Minęło sporo czasu. Krótko palił go żywy ogień. Później bywało, że zaglądał w głąb siebie, by obserwować żar tlący się niemal niezauważalnie. Minęło sporo czasu. A ona wraca. Nie jak pies z podkulonym ogonem, raczej jak bogini sprawiedliwości świadomie skazująca się na porażkę, na potępienie.
- Powiedz słowo, a będę już zawsze... - zaczyna on, targany tyloma emocjami na raz. Ulga, namiętność, obawa, czułość, tkliwość, strach.
- Cii - szepce ona. - Może jesteśmy stworzeni do kłamstw, mój drogi - mówi powoli, spokojnie cedzi słowa. - Ale nie chcę, byśmy sobie kłamali. Nie, nie, nie.
I łączą się jej jasne oczy z jego niebieskimi. Ukryci w cieniu, ostrożnie podchodzą bliżej i bliżej. Ujmuje dłonie dziewczyny w swoje i całuje koniuszki palców, nie powinien. 
- Cii... - Jej ganiący, dobry i łagodny głos jak wariacja na temat jego przyspieszającego oddechu. - Nie kłam mi.
Łapie ją w pasie i przyciąga, by móc zanurzyć drugą dłoń w pachnących utęsknieniem włosach, by mieć tuż przed oczyma śnieżną zamieć - blask jej źrenic. Są razem niczym wzburzone morze, całuje ją, jakby tworzył opowieść o pasji i pragnieniu, jesteś moja, snuje szaloną historię prosto w te słodkie, spragnione usta, zjem cię całą, kochanie.



xxxx. temple to temple. (Your hair against my temple.)
Odkrył zupełnie nową ciemność, ale przy niej nie zna już mroku nocy. Coś na kształt wieczoru udaje mu się czasem znaleźć w ułożeniu jej głowy na poduszce, w sposobie, w jaki ociepla każdy pokój, do którego wejdzie. Razem z nią na nowo uczy się oswajać chwile, w których światło gaśnie. Ze smutną satysfakcją mógłby powiedzieć, że rozumie już jej tajemny bunt. Nie zasypiać łatwo, nie otwierać oczu zbyt powoli. Trzeba dawać siebie, to jest wypisane pod jej skórą, ma to wyryte na każdej kości, to jak piosenka wyśpiewana przez jej krew tętniczą.
- Dziewczyno - mamrocze sennie on wciąż tę samą kołysankę. - Nie tak to działa, mała. Nie tak. Nie odkupisz cudzych win.
- Zniszczę ich echa - odpowiada mu bezgłośnie, poruszając tylko ustami, boska: naga i łagodnie stanowcza, ukryta w ich sypialnianej pieczarze.
Miła, najmilsza bogini, ale nie chce jej takiej, spalającej się dla idei. A ona
ona z dnia na dzień wsiąka w niego
i spala się dla niego
on zaś
nie wie, gdzie podziały się jej granice, boi się o tę swoją szarą kochankę z marmuru.
- Śpij, mała - mówi więc, gdy ona coraz ciszej spija mu z warg jego do niej uwielbienie, umiłowanie. Błogosławi kobiece czułe usta. Błogosławi kąsające spojrzenia, a także spojrzenia-prośby i jej oczy, oczy jak ogniki, jak zaklęcia. Jasnowidząca jasnymi oczyma młoda czarodziejka zanurza się więc w noc, spięta niby struna od strony rdzenia. Ale od strony, od której jest przylepiona do torsu mężczyzny, to tylko lekkość i łagodność, jakby dziewczynę uszyto ze złotych nitek, z leśnego echa i morskiej piany. On jest jej, on jest jej, na zawsze, już na zawsze są swoi, przesyceni sobą nawzajem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz