Chodź do mnie
Powiem mu: Chodź do mnie.
Powiem
mu zaraz, gdy tylko popatrzy swoimi niebieskimi, ale tak na jasno,
jasnoniebieskimi i patrzeć będzie
tak
trochę, jakby czekał,
tak
trochę jakby czule,
trochę
niepoważnie, a poważnie bardzo.
I
przyjdzie, a cała ta wielka przestrzeń, te oceany – to już
niemal będzie za nami, a my – niemal poza czasem.
Jeszcze
odrobinę, odrobinę bliżej. Bliżej o
słowo
lub ciszę wymowną.
Więc
albo i on, odnalazłszy w moim uśmiechu wskazówkę, powie:
Chodź do mnie. I będzie Kosmos.
Chodź do mnie. I będzie Kosmos.
Więc
albo on, odnalazłszy w moim uśmiechu wskazówkę,
zakrzywi tę całą czasoprzestrzeń i będzie Kosmos.
zakrzywi tę całą czasoprzestrzeń i będzie Kosmos.
Więc
albo i ja, odnalazłszy w jego oka źrenicy wskazówkę,
zakrzywię tę całą czasoprzestrzeń i będzie Kosmos.
zakrzywię tę całą czasoprzestrzeń i będzie Kosmos.
Więc
albo ja, odnalazłszy w jego oka źrenicy wskazówkę,
powiem: Bliżej. I będzie Kosmos.
powiem: Bliżej. I będzie Kosmos.
A
dziś jest piękniej niż kiedykolwiek, bo mam cztery struny gitary,
wczesnogrudniową noc, wirujące parę cennych wspomnień, kiedy
tańczyliśmy, kiedy trzymaliśmy się za ręce i było w tym uścisku
z tuzin wszechtajemnic, z tuzin wszechświatów. I śmialiśmy się
do siebie, bo wtedy – to nie był czas tkliwości ni refleksji.
Chcieliśmy tylko spokojnej radości. Czyż świat
kiedykolwiek wyglądał piękniej niż ongi, w tamtą zimową noc,
zimniejszą po stokroć niż dzisiejsza, stokroć czulszą i
barwniejszą? Śnieg spadał pomału, uwiedziony ciepłem –
osiadał; śnieżynki znikały we wszechbycie, ale nie narzekaliśmy.
Płatki śniegu wirując, spadały wciąż, jakby miłości do świata
nigdy miało nie być końca. Kochaliśmy
świat, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz