poniedziałek, 30 listopada 2015

I saw you




Chodź do mnie








Powiem mu: Chodź do mnie.

Powiem mu zaraz, gdy tylko popatrzy swoimi niebieskimi, ale tak na jasno, jasnoniebieskimi i patrzeć będzie

tak trochę, jakby czekał,

tak trochę jakby czule,

trochę niepoważnie, a poważnie bardzo.

I przyjdzie, a cała ta wielka przestrzeń, te oceany – to już niemal będzie za nami, a my – niemal poza czasem.

Jeszcze odrobinę, odrobinę bliżej. Bliżej o

słowo lub ciszę wymowną.

Więc albo i on, odnalazłszy w moim uśmiechu wskazówkę, powie:
Chodź do mnie. I będzie Kosmos.

Więc albo on, odnalazłszy w moim uśmiechu wskazówkę,
zakrzywi tę całą czasoprzestrzeń i będzie Kosmos.

Więc albo i ja, odnalazłszy w jego oka źrenicy wskazówkę,
zakrzywię tę całą czasoprzestrzeń i będzie Kosmos.

Więc albo ja, odnalazłszy w jego oka źrenicy wskazówkę,
powiem: Bliżej. I będzie Kosmos.



A dziś jest piękniej niż kiedykolwiek, bo mam cztery struny gitary, wczesnogrudniową noc, wirujące parę cennych wspomnień, kiedy tańczyliśmy, kiedy trzymaliśmy się za ręce i było w tym uścisku z tuzin wszechtajemnic, z tuzin wszechświatów. I śmialiśmy się do siebie, bo wtedy – to nie był czas tkliwości ni refleksji. Chcieliśmy tylko spokojnej radości. Czyż świat kiedykolwiek wyglądał piękniej niż ongi, w tamtą zimową noc, zimniejszą po stokroć niż dzisiejsza, stokroć czulszą i barwniejszą? Śnieg spadał pomału, uwiedziony ciepłem – osiadał; śnieżynki znikały we wszechbycie, ale nie narzekaliśmy. Płatki śniegu wirując, spadały wciąż, jakby miłości do świata nigdy miało nie być końca. Kochaliśmy świat, prawda?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz