poniedziałek, 2 maja 2016

nie wiem, nie wiem. nah

[bo M., N., bo tak]




powiedziała mi, że umiera, a ja na to:

co się dziwisz?

nie dziwiła się wcale.

Czekałyśmy, aż dzień zgaśnie, przylazła noc bezgwiezdna.

pytałam o Leviego.

mówi mi: Leviemu odbija.
ja jej na to: idiota.

Uśmiechnęła się i jakoś tak wilgotnie przemrugała ten uśmiech.

gdzieś tam źródło światła i wirowanie ciem.

z pamięci wyciągnęłam, jak siedziałyśmy na tej samej huśtawce
lata temu.

szept: to jest męczące, wiesz?

wiedziałam, od kiedy popatrzyła na mnie.
bo jakie inne /jak nie męczące/ może być to,
co sprawiło,
że w jej oczach po raz pierwszy błyszczał strach.

myśmy się nigdy nie bały. nigdy nic w ten sposób.

gardło ściśnięte, wtulona w cienkie ściany własnych płuc, jakby mogła się tak ukrywać
już na zawsze, ucieknięta w siebie i gdzieś na bok - co to było, co to było.

Levi pewnie przesadza ze zdrowym odżywianiem, co? - pytam.
Znowu ten uśmiech, niech tak będzie, no.
mówi mi, że tak, Levi wciąż nawija o witaminach i wapniu, podsuwa jej zieleniny pod nos
non stop non stop.

(-nie umieraj, nie umieraj- myślę. albo: -nie bój się, nie bój się- to zwłaszcza. -przerażenie, idź od niej precz, ja się mogę bać, ale ona nie. niech się nie boi, nie bój się, moja moja-)

mówi, że śniła bezsnsem, że to po raz pierwszy od dawna.

Noc pełznie - licha i leniwa, ciemnuchna - zawija nas w woale i korale, chujnia, no.

tak było.
ani razu nie płakałam nad nią. bo co. trzeba tylko z dnia na dzień, dzień za dniem.

Dzwoni.
Ach tak.

Co jej na to? Brzmi dzielnie.

dwa tygodnie później
Głupstwo, przewraca wazon. Obrus moknie, tulipany pokaleczone, a ona wypłakuje się za wszystkie dni, wypłakuje wyroki-niewyroki, badania i odczłowieczania. Uczłowieczania, szum krwi. i zmęczenie. i życie. i nieprzyjazność życia minionego i brak szans na przyjazność tego, które się czai.

nic. bo co? przytulić bez sensu, poklepać po ramieniu, powiedzieć cokolwiek, szastać słowami, kiedy słowa nic już nie znaczą.
tylko usiąść naprzeciw i czekać po cichu.

dziwne to. za oknem wyrasta ciemność, ćmy uderzają w szybę, a jej oczy poczerwienione spokojnieją.

już już, mówi do siebie, do mnie nie. mnie jakby nie było. dobrze jest.

tej nocy śnię o kolorowych miasteczkach i gadających słoniach.

nigdy o umieraniu.
nie śnimy o nim ani ja, ani ona. nie myślę. nie mówimy. dzień. kolejny. i się żyje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz