piątek, 13 maja 2016

sklejka//

posklejane 2015, do edycji




Śniłam może o Rzymie, nie wiem już.

Kiedyś nawlekałaś sny na nitkę, razem z nimi piękne słowa – koraliki, razem z nimi smaki i zapachy. Beż, róż i białe złoto.

Dni przybierały inny kształt tak powoli; tak po cichu i ostrożnie zmieniały się kontur i gęstość, że nie potrafisz teraz powiedzieć, kto i w jaki sposób wyrządził ci tę ogromną krzywdę, która pozostawiła długą szramę na plecach, zakończoną zgrubieniem w miejscu, gdzie obrócono ostrze osiem razy.
Raz próbowałaś tłumaczyć, że nie tak, że coś bardzo źle. Kręgosłup mam pokryty warstwą śniegu, opowiadałaś. Na niej warstwa gnijących liści, płatków kwiatowych i chitynowe pancerzyki wyschniętych pszczółek. Na tej warstwie, ostatnia, warstwa wodoodporna. Ot, wszystko, jestem zbudowana z pomysłem i funkcjonalnie.

Oczywiście nikt nie potrafił zrozumieć, jak jesteś zaplanowana, choćbyś siebie rozrysowała w setki planów, wykresów i kazała liczyć całki. To nie to. [Billy z uśmiechem sprawiającym, że nie musiałaś się o niego bać; uśmiech kogoś, kto nie da się skrzywdzić. Nejt, co czasem dotykał cię kostkami palców; przypadkiem – zazwyczaj, ale w tych jego paliczkach, w budowie dłoni kryła się cząstka Kosmosu: tymi dłońmi naprawiał, ratował, budował i dawał życie, to także.]

//Z rzeczy, których on nie wie:

Raz. Tęskniła bardzo. Ostatniej nocy nie mogła zasnąć, więc oddała się marzeniom na jawie, a jej myśli same, wiedzione instynktem jakby, lgnące do ciepła – pobiegły ku niemu. 
Widziała: to, co było (jego palce przypadkiem zahaczające o kontur jej nadgarstka); także – niezaistniałe (pocałował jej powieki – miękko i delikatnie).

Dwa. Zdarzało jej się godzić z jego nieobecnością. A później coś sprawiało, że pękała w tysiąc lodowych kier i rozlewało się echo nigdy nie napisanej miłości; przelewały się przez nią wszystkie te drobne ziarnka: wspólne chwile, momenty, szczegóły. I gdy już z całych sił namyśliła się nad mocą jego uśmiechu, nad jej ulubionym jego gustem muzycznym, nad dłońmi, łokciami, spojrzeniami, zaczytaniem, kpiącym milczeniem i wzruszeniem ramion, gdy namyśliła się nad tym aż do tchu utraty, wówczas – choć ona: zamęczona cierpkim bólem i tępym bólem, i zapowiedzią pustki – rozbrzmiewały wargi jej cichutką, dziecięcą radością nad jego kształtem i rozkołysaniem, nad Tajemnicą, z jakiej był utkany i w jaką – jednocześnie – wpleciony.//

Śniłaś może o Rzymie, nie wiesz już. Od tak dawna nie czułaś ciepła. Bliznę na plecach zapomniałaś, jakby jej nie było, jakbyś nie widziała jej wcale, gdy przeglądasz się w lustrze po wyjściu spod prysznica. Smaku krwi ci już nie trzeba. Ból wystarczy, skowyt wystarczy, niemy krzyk to dość.

Oczy Boga, gdy mówił, że nie taka miałaś wyjść spod jego palców.
Oczy twoje, kiedy kładłaś się do snu rozorana wzdłuż, wspak i do kości.
sen, sen, sen


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz