Szukasz Boga w tej kopalni zieleni; kwarcyt, rozsypany, odrdzewia stopy krzyża, a Ty - z oczami jak witrażowe szybki - łazisz po śladach Jego męki
i nie wiesz już,
gdzie oś świata a gdzie
dno ciebie.
A przecież
/mówił-szeptał ten jeden jedyny ołowiany kochanek/ dna się nie zapomina.
Nie, nie, nie/, powtarzał szeptem-tchnieniem, pokazując, gdzie i jakie to dno, i czemu służy/.
(Dziś wiesz:
służy też światu. Tam na samym dole jest polana, z niej wyrastają mury Rzymu; tu też rodzi się echo przemilczeń.)
Bóg kręci nad tobą głową, jakaś ty inna od swojego cienia.
Świat tymczasem się przeobraża, umiera, wybucha - tysiąc razy na każdy świt.
Szukasz na dnie kopalni zieleni; ze dna wyłazi bór zasmuceń i bór cichości, i mała sonatina,
aż sobie
niemal przypominasz
i wyćwiczonym ruchem
sięgasz do ramion, krótkie palce
wystukują nie dający się zapomnieć rytm,
aż ze skóry wybielą nigdy nie mające się zatrzeć ślady:
czuła, cierpka niemiłość - niczego więcej nie mógł jej ofiarować, mówił monotonnie, cały monotonny i tylko wtedy, gdy sięgała ręką w stronę zabiedziałej skroni, wtedy tylko się zlękł.
I odtamtąd już zawsze się krzywdzili wzajem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz